niedziela, 14 września 2014

Rozdział drugi: Wejście Lwa

Od momentu mojej ucieczki minęło pół roku. Przez ten czas szukałem jakiejkolwiek wzmianki o mojej mamie, ale prócz grobów dziadków nie znalazłem niczego wartego uwagi. Nie przeczytałem już ani jednego z trzech listów. Prawdę powiedziawszy zapomniałem o nich.
Zbyt wielki ból sprawiała mi myśl, że moja mama tak bardzo cierpiała. A jednak ja, który urodziłem się niewolnikiem nie mogłem pojąć, dlaczego moja mam chciała dla mnie wolności. Owszem miała swoje plusy. Tak jak na przykład możliwość podróży gdziekolwiek sie chciało, jedzenie tego, co się chciało i robienie to, na co się miało ochotę. Ale prawdziwa wolność kończyła się w momencie, gdy sakiewka była pusta.
Gdy podróżowałem statkiem do Fiore, ukradłem kilka sakiewek podróżujących ze mną piratom. Dzięki nim miałem pól roku spokojnej podróży. Ale w momencie, gdy dotarłem do miasta Hargeon zauważyłem, że pieniądze się skończyły.
Oboje z Haną byliśmy głodni i zmarznięci. Była już późna jesień, noce były długie i zimne. Nie mieliśmy gdzie się zatrzymać. Żadna z gospód, do których zaglądaliśmy nie chciała nas wpuścić, bez pieniędzy, a na obietnice, że odpracuję nocleg od razu wyrzucano nas za drzwi.
- Usui-chan- wyszeptała Hana wychylając główkę z mojego kaptura i przytulając się do mojego prawego policzka- Cio teras? Simno mi- powiedziała trzęsąc się leciutko. Wiedziałem też, że była głodna. Ja również, nie pogardziłbym jakimś ciepłym posiłkiem. Ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć miejsca gdzie by nas mogli ugościć.
- Nie bój się Hano- powiedziałem siląc się na optymistyczny nastrój- Jutro załatwię coś. Obiecuję ci, że jutro będziemy siedzieli w ciepłym pokoju i zajadali się smakołykami- powiedziałam. Nie wierzyłem w to, ale nie chciałem jej straszyć.
Po godzinie bezmyślnej tułaczki po mieście. Przycupnęliśmy w ciemnej uliczce. Było tam zimno, ale nie wiało. Uznałem, zatem, że można tam przenocować, nim nastanie dzień. Byłem już zmęczony. Hana już od dawna spała w moim kapturze delikatnie się w nim poruszając.
- I co teraz?- Spytałem sam siebie, kiedy usiadłem na zimnej podłodze i objąłem swoje kolana- Dokąd teraz iść?
Mama niewiele mówiła o Fiore. Zresztą mało, kiedy opowiadała mi o swoim życiu, gdy jeszcze była wolna. Pamiętałem jak bardzo cierpiała, gdy musiała sobie przypominać szczegóły z tego okresu. Zamiast tego opowiadała mi bajki. Lubiłem słuchać opowieści, które snuła w zimne wieczory, abym mógł spokojnie spać po ciężkim dniu.
Były to opowieści głównie o księżniczce i smoku, albo opowieści o smoczych zabójcach. Miała wiele opowieści w zanadrzu, czasami sądziłem, że część z tego, co mi opowiadała wydarzyło się na prawdę. Ale z czasem zrozumiałem, że była to tylko wyobraźnia mojej mamy. Nie mógł na tym świecie istnieć choćby jeden smoczy zabójca, którego wychowywał smok. Smoki przecież nie istnieją! A jednak uwielbiałem słuchać tych opowieści. Lubiłem jej bajki.
Szkoda, że już ich nie usłyszę...
- No, no. Cóż to mamy?- Usłyszałem obok siebie głos jakiegoś mężczyzny. Szybko stanąłem na nogi i spojrzałem w jego kierunku wystraszony. Przede mną stało pięciu mężczyzn o potężnej budowie i głupim wyraźnie twarzy.
- Cz...czego chcecie?- Spytałem przyglądając im się bacznie. Nie podobała mi się ta sytuacja. Mężczyźni otoczyli mnie i Hanę, gorączkowo szukałem jakiejś drogi ucieczki, jakiego wybawiciela.
- Wyskakuj z kryształów, młody- wyseplenił najniższy z całej bandy. Nie miał zębów na przedzie a jedno oko miał wyraźnie podbite.
- Nie...Nie mam, pieniędzy- powiedziałem blado uśmiechając się się- Przykro mi.
Banda wybuchła śmiechem. Czułem jak Hana niespokojnie kręci się w moim kapturze. Modliłem się się, aby nie wychyliła główki z kaptura. Nie wiedziałem jak by zareagowali na widok exceeda.
- Przeszukajcie go chłopaki- powiedział największy z całej bandy o ciele pokrytym tatuażami. Banda rzuciła się do mnie. Nie dałem im jednak podejść na tyle, blisko, aby mnie dotknąć. Zaczęła się bójka. Uderzałem z całych sił napastników. Byłem pewny, że uda mi się przedrzeć przez bandę i uciec. Biłem na oślep byle tylko wyjść z tej pułapki. Ale oni mieli więcej siły ode mnie, a ja nie mogłem używać czarów! Ale nie poddawałem się! W końcu jednak dwóch z nich złapało mnie za ramiona, a trzeci wymierzał bolesne ciosy w brzuch. Straciłem oddech i osunąłem się na chodnik. Czułem jak uderzali mnie buciorami, robiłem wszystko, aby ciosy nie padały na ukrytą w kapturze, Hanę, ale w końcu kotka wysunęła się z kaptura.
Jeden z bandy widząc malutkiego exceeda o czarnym futerku i wielkich niebieskich oczach, chwycił ją za futro i podniósł do światła. Widziałem jak Hana wykrzywiła pyszczek z bólu i strachu.
- NIE!!! ZOSTAWCIE JĄ!!!- Krzyknąłem głośno, aż jeden z oprychów zdzielił mnie mocno w twarz swoim buciorem, aż mi pociemniało przed oczami.
- Oooo, co to? Czyżby exceed?- Spytał mężczyzna pokryty tatuażami przysuwając do siebie exceeda, aby lepiej się przyjrzeć.
- Zośtaff blaćiśka- wysepleniła żałośnie Hana, widziałem, że do jej oczu napływały łzy.
Cała banda po raz kolejny wybuchła śmiechem. Skorzystałem z tej chwili i wstałem rzucając się na mężczyznę trzymającego Hane. Ale ktoś mnie od niego odciągnął. Kiedy spojrzałem na mężczyznę, zobaczyłem, że rozwaliłem mu wargę i pobiłem oko.
- Zabijcie to ścierwo!!!- Rozkazał bandyta. Widziałem, jak jeden z jego podwładnych wyciągnął scyzoryk. Nie mogłem się uwolnić. Czułem, że zaraz się wszystko skończy, ale... Była jeszcze Hana!!! Musiałem jej jakoś pomóc!
W tym momencie pojawiła się jeszcze jedna postać. Był to mężczyzna ubrany w garnitur. Miał pomarańczowe włosy i okulary na nosie. Spoglądał na każdego z piątki mężczyzn z niemałą pogardą. Wszyscy przyglądali się mu z nie mniejszym zdumieniem. Czego chciał ten mężczyzna?
- Wypuście, proszę chłopca i oddajcie mu exceeda- powiedział cicho przybysz- Inaczej ja się z wami rozprawie- znowu wybuchł gromki śmiech.
- Co ty...- Zaczął mężczyzna z tatuażami, ale nie zdążył, ponieważ w tym momencie mężczyzna w garniturze rzucił się na niego. Nie. To nie tak. Dłonie przybysza zaczęły błyszczeć, a na końcu ramion miał coś na podobieństwo świetlistych kul. Walka, jaką przyszło mi zobaczyć nie przypominała mi żadną z znanych mi walk. Mężczyzna walczył bez strachu, cały czas częstując moich napastników mocnymi ciosami w brzuch i w twarz. Walczył... Walczył jak lew. I czasami miałem wrażenie, że jest lwem.
Nie wiem jak długo trwała walka, ale w końcu każdy z napastników leżał na ziemi, pobity do nieprzytomności. A Hana siedziała na ziemi i cichutko płakała. Chwyciłem ją i przytuliłem, co nieco ją uspokoiło. Po czym spojrzałem na mężczyznę. Stał wyprostowany i uśmiechał się do mnie. Wydawało mi się, jakby cała ta walka nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.
Po jakimś czasie odwrócił się do mnie plecami.
- Chodźmy stąd. Musimy opatrzyć twoje rany- powiedział i ruszył przed siebie. Ja nie wiedziałem, co mam robić. Czy można zaufać od tak nieznajomemu? Po czym przyjrzałem się leżącym obok mnie mężczyzną i uznałem, że gorzej już i tak nie będzie. Ruszyłem za nieznajomym.
Dogoniłem go dopiero po chwili. Szedł wyprostowany, ale ze zmarszczony czołem. Jakby się głęboko zastanawiał nad czymś.
- Ee... Przepraszam- zacząłem. Nie spojrzał nawet na mnie- Ale kim jesteś?

- Mów mi Loki, ale nie mam czasu na wyjaśnienia. Musimy, szybko znaleźć ci schronienie- powiedział Loki przyśpieszając kroku. Ledwo udało mi się dorównać mu. Bolały mnie wszystkie mięśnie i ledwo widziałem przez podbite oczy. Czułem coś lepkiego na swoi ciele oraz okropny ból w boku. Kiedy spojrzałem w dół zobaczyłem wielką czerwona plamę na mojej kurtce oraz, coś małego srebrnego wystającego z kurtki. Minęła dobra chwila nim zrozumiałem, że był to scyzoryk. Następnej chwili mój wzrok przesłoniła mgła. Straciłem przytomność... 
```````
Ohayo!
Dziękuję anymone13 za cierpliwość i wyrozumiałość. Dziękuję również za miły komentarz :) Mam nadzieje, że nie zawiedziesz się! 
Jeszcze raz przepraszam za opieszałość, ale cóż... weekendy czasami są ciężkie :) Troszkę krytycznie podchodzę do tego rozdziału, bo urwałam w połowie z braku czasu, ale liczę na to, że w następnym rozdziale dojdziemy do sedna sprawy :) Życzę ciepłego wieczoru i dobrego tygodnia :)
Ushio Hanabi :)  

3 komentarze:

  1. Powiedzmy tak moja mina jak to przeczytałam była bezcenna, zupełnie jak po przed ostatni rozdziale mangi. Napisałabym Ci coś, więcej ale jestem w dość dużym szoku.
    Pozdrawiam i życze weny kochana!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ochłonęłam(bosz... jak to sie pisze?), więc moge przyczepić się do hmm... em... niczego! Czekaj... wróć... jest jedna taka rzecz:KAC KSIĄŻKOWY! Po tym rozdziale mam kaca i niedosyt.
    Co więcej rozdział jest napisany gładko, szybko sie go czyta i nie nudzi
    Jeszcze raz:WENY!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm... Rozdział ciekawy, choć niezbyt długi ;) Najbardziej zaskakującym momentem było pojawienie się Loki'ego. Teraz będę się zastanawiać czy Lucy przekazała swoje klucze Usui'owi (tak jak wcześniej ona dostała niektóre z nich od swojej matki), ale on o tym nie wie (być może napisała o tym w którymś z pozostałych trzech listów? o.O) czy może Loki pojawił się z własnej woli, bo nadal pamięta kochaną Lucy i pragnie chronić jej dziecko... No cóż... Lecę czytać dalej ;)

    Pozdrawiam i życzę weny,
    MiMi4444 ;3

    OdpowiedzUsuń

Streszczenie

Minęło dziewiętnaście lat odkąd Lucy Heartfilia zaginęła. Rozpłynęła się w powietrzu. I choć cała gildia ją szukała, nie udało się jej odnaleźć. Tymczasem do gildii przychodzi młody czarodziej o blond włosach i smutnych brązowych oczach. Chłopak przedstawia się jako Usui Heart. I choć niewiele mówi o sobie, to jednak członkowie gildii Fairy Tail, czują, że go skądś znają...